Artyści i naukowcy dla Solidarności

Gdańska Galeria Fotografii MNG

Projekt 2006

Projekt od 2007


Strona główna

Kalendarium Projektu

Katalog Niepokora

Poszukujemy

Uczestnicy Projektu

Kontakt

Linki

Galeria

Fotografie opublikowane w Niepokorze

Fotografie pozostałe z archiwum Projektu

Grafika

Rozmowy, relacje

Teksty literackie

Kongres Kultury Polskiej, Warszawa 11-12 XII 1981

Dokumenty

Obiekty




Galeria » Rozmowy, relacje


Anna Maria i Jacek Mydlarscy

Manifestacje obecności
fragmenty rozmowy z Katarzyną Korczak, Sopot, sierpień 2006

Wykłady z historii
- (…) Dostrzegałam, że zagranicznym dziennikarzom brakuje zwyczajnych informacji o Polsce – z historii, tradycji – mówi Anna. – To ja im tłumaczyłam, dlaczego Pomnik Poległych Stoczniowców w Gdańsku buduje się w takiej, a nie innej formie. Co oznacza w polskiej tradycji narodowej kotwica. Jak wyglądał symbol Polski Walczącej w czasie drugiej wojny światowej. Większość zagranicznych przybyszów nie wiedziała nawet, co to było Powstanie Warszawskie. Rzeczy, które nam wydawały się oczywiste i znane, były dla nich niezrozumiałe. Próbowałam im robić regularne wykłady. Słuchali z ogromnym zainteresowaniem i okazywali wdzięczność. Byli bardzo złaknieni informacji. (…)
– W czasie pierwszej tury Zjazdu jeden ze szwedzkich dziennikarzy, chyba z "Aftonbladet", miał pomysł, żeby zrobić rozmowę z typową polską rodziną z dwójką dzieci w ich mieszkaniu w bloku – opowiada Anna. – Chciał wiedzieć, jak żyją, jakie mają zarobki, jak mieszkają, jak pracują, ile stoją w kolejkach, jaki jest ich standard życia itp. I dopiero na tle przeżyć tej rodziny chciał opisywać przebieg zjazdu. Nikt nie chciał wystąpić. Chodziło o podanie imion i nazwisk, zrobienie zdjęć. Nie to, że ludzie się wstydzili. Wszyscy się po prostu bali wpuścić zagranicznego dziennikarza do domu! W żaden sposób nie mogłam znaleźć ludzi, którzy go do domu wpuszczą. To nieuchwytne momenty, które zupełnie wypadają z głowy. Wybawił mnie Kazimierz Nowosielski. Oni – żona bibliotekarka – wtedy mieli dwójkę dzieci i mieszkali w bloku. Też się wahali, ale się zgodzili. Ja też u nich wcześniej nie byłam, to był początek naszej bliższej znajomości, bo Kazio był przedtem moim wykładowcą na Uniwersytecie Gdańskim. (…)
– Po pierwszej turze Zjazdu spora część dziennikarzy wyjechała do swoich krajów i wróciła na drugą turę – z prezentami dla mnie. Na przykład norweski komunista ze złotym zębem przywiózł mi cztery paczki proszku do prania. Z kolei lewicujący dziennikarz z Ameryki przywiózł mi na drugą turę zjazdu pełne wydanie – polskie i angielskie – utworów Czesława Miłosza. Mam te książki w domowej bibliotece do dziś. A proszek wtedy bezcenny, już dawno pozostał tylko miłym wspomnieniem. (…)

Z ręcznikiem i szczoteczką
– Ponieważ związek Solidarność został zawieszony, a później zdelegalizowany, na początku 1982 roku ja i moje koleżanki tłumaczki dostałyśmy wypowiedzenia – wspomina Anna. – Postanowiłyśmy walczyć w Sądzie Pracy. Były wśród nas Teresa Zabrza i Kasia Kietlińska, która już wtedy przymierzała się do wyjazdu z Polski na stałe. W wypowiedzeniach od syndyka – likwidatora NSZZ "Solidarność" – była motywacja, że ponieważ mamy niepełne etaty, muszą nas zwolnić. Ale były jeszcze odnośniki do przepisów stanu wojennego.
 – Poszłam do Sądu Pracy z ręcznikiem i szczoteczką do zębów, bo jednak obawy były spore – wspomina Anna. – To się gdzieś w Gdańsku odbywało. Przebieg rozprawy okazał się dość humorystyczny. Była tylko pani sędzina i protokolantka. Zaczęłam podniośle mówić, że zatrudniał mnie sam Lech Wałęsa, że jego podpis był na dokumencie i tylko on może mnie zwolnić, a nie syndyk. A pani sędzia wprost huknęła "Co pani mi tu za głupoty opowiada, przecież pani doskonale wie, że musieliśmy was zwolnić!". Rozbiła moje przygotowane – patetyczne – wystąpienie. Mówiła "my", czyli brała w tym czynny udział. Krótko mówiąc, nie udało się nam przeprowadzić zamierzonych demonstracji na sali sądowej. Nie było tam zresztą żadnej "sali sądowej", był pokoik, rozmowa niemal w cztery oczy, była tylko protokolantka, zero praworządności, trudno nazwać to rozprawą. Miejsce do zamanifestowania sprzeciwu było wyłącznie na ulicy.

Petardą w krzyż–
Już 16 grudnia 1981 roku – w rocznicę krwawych wydarzeń grudniowych w 1970 roku – zgodnie z obyczajem – powinny się odbyć uroczystości pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców – wspomina Anna. I tam miała być odprawiana msza. Myśmy z Jackiem oczywiście poszli. Teraz się mówi, że przybyło na miejsce około dwustu tysięcy ludzi. Przebieg zdarzeń miał scenariusz naprawdę bardzo dramatyczny. Pomnik był całkowicie otoczony, odizolowany kordonem ZOMO. Myśmy szli w dość dużej grupie, która próbowała się dostać pod Pomnik od strony Gdańskiej Biblioteki PAN. Znajdowaliśmy się tuż za księdzem w sutannie przygotowanym do odprawienia mszy pod Stocznią. Stał kordon ZOMO, ale dosyć spokojny. Słychać było, że gdzie indziej się biją. I ksiądz odprawił mszę na stopniach Biblioteki PAN. Byliśmy bardzo blisko. W momencie, kiedy ksiądz usłyszał odgłosy walki dobiegające od strony Błędnika, ruszył w tamtą stronę. Tuż przed nim niesiono krzyż. Byliśmy parę metrów za nim w dużym, bardzo dużym, tłumie. Ksiądz – z monstrancją w ręku – próbował sytuację uspokoić. Ale to było już niemożliwe. Z kordonu ZOMO strzelono prosto w krzyż gazową petardą. W krzyż nie trafili. Trafili natomiast w księdza. Księdza gdzieś tam wynieśli, bo chyba zemdlał. Nic mu – zdaje się – poważnego się nie stało. Mnie przeleciała taka petarda koło policzka. (…)
– Sytuacja ta kojarzy mi się z innym – do dziś niewyjaśnionym zdarzeniem z Grudnia 1970 roku – którą opowiadał mi, nieżyjący już, ojciec, Władysław, lekarz medycyny. Pracował w szpitalu w Stoczni Gdańskiej. Było to w grudniu 1970 roku, podczas strajku w Stoczni. Nad szpitalem, który mieścił się tuż przy bramie nr 2, latał helikopter. Wszyscy się wychylali przez okna, pielęgniarki, lekarze. Był wśród nich mój ojciec. Oczywiście na dachu znajdował się wielki czerwony krzyż. Pod budynkiem stał młody chłopiec – jeden z chorych – patrzył, co się dzieje. I w pewnym momencie z helikoptera poleciała seria z ciężkiego karabinu maszynowego. Kula przeleciała nad głowami pielęgniarek, trafiła w rentgen i przebiła go. Inna kula trafiła chłopca. Wniesiono go do szpitala, umarł na rękach pielęgniarek. O tym fakcie słyszałem tylko w relacji ojca, nigdzie go nie opublikowano, nie słyszałem o nim z innych źródeł. Nie mam pojęcia, jak nazywał się chłopiec. (…)

Z Vonnegutem i Styronem w taksówce do Gdańska
(…) Zadzwoniła do mnie pani Małgorzata Czermińska, dziś profesor UG. Wiedziała, że telefony są na podsłuchu, więc dość enigmatycznie starała się dać mi do zrozumienia, że powinnam się skontaktować z Marianem Terleckim, że jest ważna sprawa do załatwienia. Mówiłam, że nie mam czasu, a ona – że muszę. A chodziło, jak się okazało, o przywiezienie Kurta Vonneguta i Williama Styrona z Warszawy do Gdańska na wywiad z Wałęsą. Był to moment, w którym Marian Terlecki przestał się ukrywać i działał (w zalążku dzisiejszego Video Studio) u pallotynów we Wrzeszczu. Pojechałam tam do niego, żeby odebrać instrukcje, co mam zrobić. Okazało się, że Vonnegut i Styron przyjechali do Polski in cognito jako wysłannicy światowego PEN Clubu, żeby sprawdzić sytuację po stanie wojennym. Było to dość zabawne, bo jak bardzo znani pisarze mogą zachować swój pobyt w Polsce w sekrecie przed totalitarną władzą? Spóźniłam się do Warszawy, bo samolot z Gdańska do Warszawy nie poleciał, była mgła. Byłam więc spóźniona na umówione z nimi spotkanie. Musiałam samodzielnie odnaleźć ich w Warszawie, bo w redakcji "Literatury na świecie", gdzie mieliśmy się spotkać, już ich nie było. Wpadłam na pomysł, że mogą być w hotelu "Victoria". Istotnie tak było. Weszłam do pokoju Vonneguta, a on na mnie popatrzył – miałam poczucie, że podsłuchy są wszędzie – i powiedział z radosnym uśmiechem "O, gdański łącznik!". Vonnegut zaprosił mnie najpierw do udziału w spotkaniu u ambasadora USA. W Warszawie w domu ambasadora Davisa było przyjęcie, na którym byli wszyscy redaktorzy podziemnej prasy. Cały podziemny świat był na jednej imprezie. Dokonano kilku transakcji. Na przekład Vonnegut kupił kilka filmów, których produkcję wstrzymano, i je wywiózł. Przedziwne rzeczy się działy. Później z Vonnegutem i Styronem oraz żoną Styrona, Rose, jechaliśmy taksówką (polonezem!) do Gdańska, popijając po drodze whisky. Opowiadałam im o Polsce, o Solidarności. Dojechaliśmy do Hotelu Hevelius w Gdańsku, gdzie czekał Marian Terlecki, Vonnegut i Styron spotkali się z Wałęsą.
Prosto z hotelu biegłam na dworzec – wsiadłam i pojechaliśmy z Jackiem i dziećmi na narty. Jak wróciliśmy – były chrzciny Wałęsówny. Marii Wiktorii. Były tłumy ludzi, tam spotkaliśmy Mariana Terleckiego, a zaraz po chrzcinach znowu go aresztowano. Wtedy już Styron i Vonnegut interweniowali na forum międzynarodowym, starali się o jego uwolnienie.

Metafizycznie na Szlaku Papieża
– Były też i wyjazdy wspólne z udziałem dominikanów, księdza Krzysztofa Niedałtowskiego i przedstawicieli środowisk twórczych – mówi Anna. To był rok 1986 albo 1987. Na przykład pojechaliśmy do Dębek. Mieszkaliśmy w malusieńkich pokoiczkach i spotykaliśmy się na wykładach i dyskusjach w domu rekolekcyjnym. Pamiętam, że byli wtedy Kinaszewscy, Nowosielscy.
– Klimat panował bardzo przyjacielski – wspomina Jacek. – Ojcowie Bolesław i Stanisław – jeszcze z kimś – zmywali naczynia ze śpiewem na ustach.
– Ale atmosfera była też intelektualnie rozgrzana do czerwoności – dodaje Anna. – Bo się wydawało, że wszystko, co powstanie od strony intelektualnej będzie miało niesamowitą jakość. – Wyjazd był rewelacyjny. Pamiętam momenty humorystyczne. Był okres strasznej biedy. Zdarzyło się to z kolei przy wyjeździe z rodzinami w góry, do Małego Cichego. Do Dębek pojechali sami dorośli, bardzo skoncentrowani intelektualiści. Wyjazd w góry organizował ojciec Józef Puciłowski (…). Oderwał się totalnie od realiów przyziemnych i niezbyt szczegółowo policzył miejsca. Powstały w związku z tym bardzo szczególne konfiguracje. Miał być pokój na rodzinę. Tylko nieliczni dostali pokój dla siebie. Skończyło się na tym, że my – we czwórkę – spaliśmy w jednym łóżku, a w pokoju było jeszcze kilka osób. Metafizycznie przeżywaliśmy wędrówkę do kaplicy na Wiktorówkach i innych miejsc usytuowanych na Szlaku Papieża. Był to wyjazd bardzo radosny. Były akcenty sportowe, jeździliśmy na nartach. Trudności z zaopatrzeniem wciąż trwały. Ale jedliśmy świetne góralskie potrawy. Na śniadanie dostawaliśmy zwykle żółty ser nazywany "Zemstą Reagana". Taki okrągły, pomarańczowy, amerykański, z darów. (…)

Bojkot był bojkotem
Jacek obronił dyplom w październiku 1982 roku – opowiada Anna. – Z powodu stanu wojennego wydłużono w szkołach wyższych ferie zimowe, potem wydłużono zajęcia. (…) Jacek malował swoje abstrakcyjne obrazy i jak się pojawiła możliwość prezentacji prac w nieoficjalnych galeriach, on w sposób naturalny w nich uczestniczył. Wszystko zaczęło się właściwie od wystawy paryskiej w Grand Palais des Champs Elysees pod patronatem ministra kultury Francji, Jacka Langa, a więc impuls był zewnętrzny. (…) To był początek kariery artystycznej Jacka – kontynuuje Anna. Po niej dostawał zaproszenia na ekspozycje indywidualne w Niemczech i we Francji. Jeździł do innych krajów zachodnich. Od tej pory nieprzerwanie wystawiał na Zachodzie.
– Natomiast w Polsce w tym czasie trwał bojkot – przypomina Anna. – Uczestnictwo w wystawach podziemnych było już nie tylko powstrzymywaniem się od imprez oficjalnych, ale czynnym działaniem w obiegu nieoficjalnym, pewną deklaracją. Tak samo jak publikowanie w drugim obiegu. To było co innego niż powstrzymywanie się od publikowania w pismach skompromitowanych, jak to się w Solidarności mówiło – w mediach reżimowych. Przed 1981 rokiem w Galerii w kościele św. Michała w Sopocie młodziutki wówczas ksiądz Krzysztof Niedałtowski organizował niezależne wystawy. I to miało swój sens. Nie zapomnę jednego epizodu. Prof. Stanisław Horno-Popławski, wielki autorytet, światowej klasy mistrz sztuki rzeźbiarskiej, jakąś małą rzeźbkę przyniósł, inaczej przecież zdominowałby wszystkich. (…)
 – W 1984 roku w Galerii MDM Jacek wziął udział w wystawie "Dziewiętnastu młodych z Gdańska", którą urządzał Jurek Brukwicki. Była to ostatnia oficjalna wystawa w Polsce, wkrótce potem Galeria MDM przestała istnieć. Jurek potem wszedł w organizację wystaw niezależnych. Równolegle trwała ekspozycja w prywatnym mieszkaniu. Szef Galerii MDM i Jurek przyjaźnili się, organizowali różne rzeczy, ale ta galeria oficjalna nie była bojkotowana. Po wernisażu w MDM uczestnicy udali się na wystawę Jurka Medyńskiego. Na jakieś strychy się szło, opłotkami. Noc, ciemno, krążyliśmy. I tam się pojawiali bardzo znani krytycy – Jacek Woźniakowski, Wojciech Skrodzki, któremu się cały czas wydawało, że ktoś nas śledzi.
– Utkwiła mi w pamięci jedna z ostatnich wystaw w Galerii MDM – indywidualny pokaz obrazów Hanny Karczewskiej, która znakomicie się wkomponowała w ówczesny nastrój konspiracji i niedopowiedzeń. (…) Hania i wcześniej tworzyła w takim samym klimacie. Tymczasem krytycy "dorabiali" teorię, że wszystko to powstało pod wpływem wrażeń po ogłoszeniu stanu wojennego. Nie uważam, że udział w wystawach poza oficjalnym obiegiem wymagał szczególnej odwagi czy bohaterstwa. I nie mogę powiedzieć, że towarzyszyły naszym działaniom jakieś specjalne dramatyczne okoliczności. Znacznie gorzej byśmy się czuli, gdybyśmy wystawiali oficjalnie.





Zastrzeżenie:
Wykorzystanie materiałów zamieszczonych na stronie www.artin.gda.pl wymaga zgody Muzeum Narodowego w Gdańsku Prawa autorskie do materiałów posiadają autorzy oraz Muzeum Narodowe w Gdańsku. Cytowanie materiałów wymaga podania źródła i autora użytego fragmentu.